Dzisiejszy dzień zaczął się dla mnie o 6.50. Poranna toaleta, make-up, ubrania no i oczywiście spakowanie torby na zajęcia. Na śniadanie o ile dobrze pamiętam jedna berlinka oraz pieczywo Waza z szynką i surówką znalezioną w lodówce oraz mała kawa. Konsekwentnie przestrzegam diety. W końcu człowiek musi się doskonalić, wychodzę z założenia, że "zawsze może być lepiej". Dotyczy to zwłaszcza mojego wyglądu zewnętrznego.
Na zajęcia dotarłam chwile przed 8.00. Krótka rozmowa z koleżanką E. oraz kolegą P. Oczywiście potem otworzyły się wrota strasznej sali od informatyki. Ktoś mógłby się zapytać, "po co na farmacji informatyka?". Uwierzcie mi, zadaje sobie to pytanie od pierwszych zajęć. Dziś poznawaliśmy porywające funkcje Excela. Szczerze mówiąc, mój mózg nie przyswajał sobie tych informacji i konsekwentnie je kasował. Prostym zdaniem, nawet nie pamiętam co było na tych zajęciach. Trwałam tam w letargu, w stanie pół-snu. Na szczęście o 9.30 mogliśmy opuścić to miejsce grozy kojarzące się także z matematyką. Jedna i ta sama sala oraz pani prowadząca.
Idąc na studia stwierdziłam, że nie zrezygnuję z zajęć wf. Raz tygodniowo można pozwolić sobie na odrobinę ruchu. To był dobry wybór bo zajęcia są takie jak oczekiwałam, ciekawe i męczące. Jednak dziś mieliśmy pokaz karata i tai-chi, przyszedł jakiś Ukrainiec i pokazywał nam jak można się relaksować oraz bić. Szczerze mówiąc znam lepsze metody relaksu, co do "samoobrony" w końcu mam od czegoś mojego faceta. Miałam nadzieję, że dziś poćwiczę jakoś normalnie. Niestety, wyszło jak wyszło.
Nadeszła pora na analizę chemiczną. Magister prowadząca pozwoliła nam biednym nieudolnym dzieciom nadrobić zadanie dodatkowe z ostatnich zajęć. Czyli trzeci raz z rzędu przeprowadzałam analizę kationów II grupy (rtęć, bizmut, ołów, kadm, arsen, antymon i cyna jakby ktoś nie wiedział). Co jak co, złapałam dodatkowy punkt, gdyż wykryłam jony z mojej próbki, mianowicie, bizmut, arsen i cynę. Jednak tutaj zdarzył się wypadek. Myjąc moje szkło labolatoryjne tak energicznie chciałam "wytrzepać" wodę z próbówki wirówkowej, że biedna odbiła się od rantu zlewu i rozleciała w drobny mak. Pani technik od spraw nalewania, rozdawania i uzupełniania powiedziała mi iż nie mogę więcej niszczyć sprzętu i zapisała mnie na czarną listę. A ja tak przejęłam się losem martwej już próbówki, że do końca zajęć odczuwałam pewną pustkę. Stwierdzam iż jestem potworem.
Co do plotek, rozmów i innych atrakcji to oczywiście były. Na tematy naukowe, polityczne oraz ogólnie o sprawach kobiecych. Sprzyjała ku temu analiza chemiczna, gdzie każdy jakoś ma gdzieś te wszystkie analizy i myśli o tym co zje na obiad, lub gdzie pójdzie po południu. Ja na obiad miałam spagetti bolońskie, a w ramach rozrywki mojego Aniołka. Rozpisywać się co do mojego związku nie będę, gdyż nie wiem kogo mogę zgorszyć. Aczkolwiek było miło, jak zwykle zresztą.
Jutro mam zaliczenie z historii farmacji. Jak na razie najciekawsza informacja jakiej się nauczyłam jest taka, że w XIXw. otrzymano z opium mofrinę. Warto wiedzieć, można zabłysnąć wśród znajomych. Chyba muszę się jeszcze pouczyć z tego przedmiotu. Czeka na mnie także fascynująca biologia, a konkretnie parazytologia, czyli nauka o różnych świństwach typu tasiemce, robaki i takie tam. Oczywiście cykl rozwojowy, objawy, leczenie oraz systematyka po łacinie. Standardowo, już zaczynam się przyzwyczajać do tego wymarłego języka.
Znajdę także czas na moje standardowe 150 brzuszków oraz ćwiczenia z hantelkami. Ciągle jestem niezadowolona ze swojej figury. I do tego ciągle głodna. Na kolacje przygotowałam sobie jajeczko na miękko, pieczywo Waza z tym samym zestawem co na śniadanie. I kawa, chyba za dużo jej ostatnio piję. Chociaż patrząc z drugiej strony ogólnie pijam mało płynów. Dopiszę to do listy zdrowego żywienia: pić dziennie 1,5 litra płynów!
Przemyślenia na dziś? Informatyka jest do bani.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz